Dharma i Karma II

Ming Zhen Shakya

Ming Zhen Shakya (Author)

Fa Yin (Translator)

Dharma i Karma Część II: Karma Autor: Ming Zhen Shakya Tłumaczenie: Fa Yin Karma jest kolejnym ze słów, które najwyraźniej świetnie funkcjonują podlegając werbalnym nadużyciom. Zniekształć je, wypacz, użyj do najohydniejszych celów, a dodasz mu tylko żywotności i siły oddziaływania. Poddaj je torturom upychając je w metempsychotyczny kontekst, a ono zajaśnieje tylko większym blaskiem. Nie jestem pewna czy gliny mi pomogą czy raczej mnie aresztują widząc jak się z nim obchodzę. Żyjemy w naprawdę skomplikowanych czasach.

Zacznijmy od stwierdzenia, czym karma nie jest w kontekście Zen. Karma nie jest ani boską daniną bądź odpłatą, ani też nagrodą czy też karą za czyny popełnione w poprzednim życiu. Nie mieliśmy żadnego poprzedniego życia. Nie, w Zen nie ma czegoś takiego.

Zen wymaga od nas życia w chwili obecnej oraz tego, żebyśmy pozbyli się iluzji odrębnego istnienia w formie niezależnych, samostanowiących o sobie ego. Musimy zrozumieć, że w ostatecznej instancji ego nie istnieje, a stąd wynika, że my jako jednostki też nie istniejemy, nie istnieliśmy także w przeszłości oraz nie zaistniejemy w przyszłości.

Z jednego należy wreszcie zdać sobie sprawę: wszystkie religie na swoim podstawowym poziomie są jedynie środkami cywilizującymi. Zbierają do kupy najróżniejsze grupy dzikusów i narzucają im prawo i porządek, czy im się to podoba czy nie. Zmuszają nas, abyśmy postępowali względnie moralnie, kusząc nas obietnicą nieba czy też coraz to lepszych reinkarnacji, których zwieńczeniem jest urodzenie się bogatą, piękną i naprawdę inteligentną osobą mieszkającą w prestiżowej dzielnicy Filadelfii. Nie stronią również od gróźb wiecznego potępienia czy też coraz to gorszych reinkarnacji, które poprowadzą nas przez dzielnice biedy aż do czegoś najstraszniejszego, co znajduje się na samym dnie Zatoki Delaware.

To oczywiste, że system kar i nagród działa. Któż z nas bowiem wydałby choćby złotówkę na romantyczną kolację nie licząc przy tym na następujące po niej rozkosze, lub też płaciłby podatki nie obawiając się zaproszenia do więzienia wysłanego przez Urząd Skarbowy?

Fakt, że przeczymy możliwości przyszłego życia wypełnionego zasłużoną przyjemnością lub bólem, nie oznacza jednak, że nie doświadczamy któregoś z tych odczuć w życiu obecnym. (Co ciekawe – wielu obserwatorów i jeszcze więcej komentatorów wydaje się wierzyć, że osoby praktykujące Zen zabiegają o całkowite wyzucie się z odczuć przyjemności i bólu. Nirwana wydaje im się stanem podobnym do katatonii, a człowiek doskonały statystą w filmie Georga Romero. Bierzemy takiego Szczęśliwego Buddę, odchudzamy go do 40 kilogramów, jego uśmiech redukujemy do lekkiego grymasu – i tadam, mamy to.) W rzeczywistości my, buddyści Zen, jesteśmy przekonani, że już zwykłe życie może stać się piekłem pełnym goryczy i bólu, a zatem celem praktyk Zen jest przeniesienie nas do błogości Nirwany jeszcze zanim przestaniemy oddychać. Niebo i piekło istnieją, i to istnieją tu i teraz w naszych umysłach. O ile zatem nie ucięto nam głowy, zabieramy nasze niebo i piekło ze sobą, dokądkolwiek się udajemy.

Powiedzmy to zatem wyraźnie. Nasza szkoła Zen może nie uznawać doktryny reinkarnacji, ale to nie znaczy, że sama ta doktryna jest zupełnie nieskuteczna. Każda Ścieżka posiada swój własny kodeks etyczny oraz zasady, które nadają jej znaczenie oraz kierunek – o ile akceptuje się dany system w całości. W tym sensie doktryna reinkarnacji, kiedy bierze się ją jako jeden z elementów konkretnej drogi zbawienia, jest właśnie w obrębie tej drogi doktryną skuteczną. Każda jednakże religia, która zakłada wiarę w reinkarnację, stwierdza jednocześnie, że skoro tylko, dzięki zadanym praktykom, człowiek osiągnie Nirwanę, to od razu zostaje wyzwolony z konieczności kolejnych wcieleń. Czyli, krótko mówiąc, nawet doktryna o reinkarnacji jest używana tylko jako tratwa, pomocna w przeprawieniu się przez rzekę, tracąca jednak całkowicie wartość, kiedy uda się osiągnąć drugi brzeg Wyzwolenia.

Każda z wielkich religii świata mówi o mistycznej drabinie, a ci, którzy po niej się wspinają, nie należą raczej do kasty przestępczej; w ten sposób, unosząc się ponad pospolitymi podnietami nie potrzebują już wcale gróźb czy też obietnic pośmiertnej nagrody. To wcale jednak nie oznacza, że osoby nie zainteresowane ścieżką mistyczną swojej religii, nigdy nie wzniosą się na mistyczne wyżyny. Wznoszenie się zależy od Łaski. Postęp zwyczajnej osoby jest podobny do trudnej trasy wspinacza górskiego. Nie osiągnie szczytu ten, kto okrąża podstawę góry, albo przeskakuje z jednej ścieżki na drugą. Osiągnie go natomiast ten, który trzyma się jednej ścieżki, podążając nią od początku do końca, decydując się kroczyć nią z pełną wiarą, akceptując zarówno wszystko, co już rozumie, jak i to, czego pojąć jeszcze nie potrafi. Wszystko i tak w końcu stanie się jasne, o ile nie ulegnie pokusie wplatania własnych interpretacji pomiędzy dogmaty i zasady doktryny, albo nie porzuci ścieżki idąc za pseudo-naukami New Age jakiegoś Nattiego Bumppo – jednego z owych wygadanych poszukiwaczy prawdy, którzy, jak tylko uda im się przypadkiem natknąć na jakiś jeden prosty odcinek drogi, od razu gotowi są poprowadzić całe tłumy na samiutki szczyt.

Zen jest alchemicznym zwieńczeniem procesu integracji archetypów. Osiągnięcie tego celu jest tożsame z ekstazą boskiego zjednoczenia, która z kolei przekłada się na najwyższy spokój płynący z odczucia pełni – bycia całkowicie niezależnym i odpornym na manipulacje innych. Zen nie jest terapią grupową ani cieplutkim, milutkim poczuciem wspólnoty pod okiem jakiegoś przypadkowo boskiego mistrza. Zen to nie klub. Zen to religia.

Nieobecność w Zen pojęcia karmy jako zadośćuczynienia za przeszłe błędy bądź zasługi nie oznacza jednak nieobowiązywania przysłowia: „Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz”. Wprost przeciwnie, wydaje się, że problemy zwalają się na głowę właśnie problematycznym ludziom. W podobny sposób, działania płynące ze szczodrości często odpłacane są w bardzo przyjemny i najmniej oczekiwany sposób. Potoczne rozumienie słowa karma jest zatem użyteczne i, jak się wydaje, trafne. Czyny egoistyczne, ukierunkowane na własną korzyść, charakteryzują ludzi, którzy nie znają innego sposobu na współżycie, jak tylko manipulowanie innymi dla osiągnięcia znaczenia społecznego. Ich machinacje zawsze gdzieś się załamują, bądź wymykają się spod kontroli, wpędzając ich samych w poważne tarapaty. Z kolei czyny płynące ze szczerej życzliwości nie potrzebują motywacji w postaci obietnic przyszłej nagrody, a posiadając taki Nirwaniczny charakter powodują namnażanie się kolejnych aktów dobroci – zgodnie z prawem mówiącym, że duchowa dobroć jest zaraźliwa. Nie ma zatem nic złego w przywoływaniu pojęcia karmy jako namowy do postępowania zgodnie z maksymą: „Nie czyń drugiemu co tobie niemiłe”. To jest po prostu zdrowy rozsądek zastosowany do moralności.

Podsumujmy zatem nasz wywód o tym, czym karma nie jest, stwierdzeniem, że ludzie, którzy nadal mają skłonność do zabijania, gwałcenia, rabunku czy też pretendują do obejmowania ważnych stanowisk w strukturach duchowych, powinni trzymać się z dala od świętych przybytków Zen. Jeżeli natomiast chodzi o wymądrzania amatorów, to naprawdę słyszeliśmy już zbyt wiele, począwszy od mylenia świerzbu w kroczu z rozbudzeniem energii Kundalini, poprzez przyrównanie nagłego wyrwania ze snu na jawie do Satori, aż po przekonanie, że Zjawisko Purkiniego jest tym samym co poświata auralna w stanie Kensho. Naprawdę za dużo już tych głupot.

W porządku – jeżeli karma tym wszystkim nie jest, to czym zatem jest?

Pomimo, iż już pisałam o karmie w wielu moich innych artykułach, spróbuję podejść teraz do tej kwestii nieco inaczej.

Karma to działanie – ciągłe, niemające końca działanie, które w każdym momencie współtworzy samsaryczną sieć przyczyn i skutków. A każdy z tych momentów to zwykłe „teraz”. Wszystko płynie, powiedział Heraklit – i wiedział, co mówi. Tak jak nie ma żadnych trwałych, niezmiennych rzeczy, tak też nie ma dających się wyodrębnić konkretnych skutków, które mogłoby być przypisane danej konkretnej przyczynie. Na każdy skutek składa się nieskończona liczba przyczyn. A ponieważ wszystko nieustannie jest w ruchu, nie ma czegoś takiego jak czas zero. Tabliczka nigdy nie jest tabula rasa. Jedną z najtrudniejszych do pokonania przeszkód w Zen jest zrozumienie, że czyjekolwiek działania w jakiejkolwiek chwili nie płyną z wolnej woli. Dodatkowo, nie jest możliwa zasadna ocena czynu jako dobrego lub złego, ponieważ zawsze pozostaje otwarta kwestia „w stosunku do czego”, której nie sposób ostatecznie rozstrzygnąć. Lis zabija zająca i zabiera zdobycz do swojego legowiska – co jest dobre dla lisiątek, którym uda się dzięki temu uniknąć śmierci głodowej, a złe dla zajączków, którym się to nie uda. Idąc dalej tym tropem, nie jesteśmy w stanie stwierdzić, jakie inne zdarzenie miałoby miejsce gdyby właśnie to jedno się nie wydarzyło.

Na pewno zgodzimy się, że zabicie ośmioletniego dziecka jest okropieństwem, ale nie da się tego stwierdzić bezwarunkowo. Dla zobrazowania tej kwestii przytoczmy kawał z okresu II Wojny Światowej:

Adolf Hitler, zdeklarowany miłośnik astrologii, radzi się astrologa z pytaniem, na kiedy gwiazdy przewidziały jego śmierć. Astrolog, mając słuszne powody obawiać się swojego klienta, bada jego horoskop i stwierdza” Gwiazdy mówią, że umrzesz podczas żydowskiego święta”. „Kiedy jest to święto?” pyta Hitler. Astrolog jąkając się mówi: „Nie wiem”. Hitler wyzywa go od głupców i żąda natychmiast podania daty. „Mój Fuhrerze,” wyjaśnia łagodnie astrolog, „którykolwiek dzień, w którym umrzesz, będzie żydowskim świętem.”

Jak ktoś świadomy okropieństw II Wojny Światowej poczułby się, gdyby jednak miało się okazać, że Adolf Hitler został zabity w strzelaninie podczas swojej codziennej drogi do szkoły? Ale któż mógł to wszystko wcześniej przewidzieć? Nikt. Co więcej, któż może zgadnąć co jeszcze mogłoby się wówczas wydarzyć, co mogłoby mieć nawet gorsze konsekwencje niż dojście Hitlera do władzy? Nieskończenie wiele przyczyn składa się na każdy skutek, a ten ze swojej strony, stając się samemu przyczyną, wnosi swój wkład w wywołanie nieskończenie wielu kolejnych skutków. Nie istnieje sposób na dokładne wydzielenie pojedynczego zdarzenia, aby je pochwalić lub zganić, na usunięcie choćby jednego węzła z całej sieci bez wywarcia wpływu na pozostałe jej elementy. Nie możemy być nawet pewni tego, czy dane zdarzenie jest tak naprawdę dobre czy złe, gdyby patrzeć na nie nieco spoza bezpośredniej perspektywy. Czy istniała tylko jedna przyczyna II Wojny Światowej? Nie. Przyczyn było nieskończenie wiele.

Historia jest zapisem samsary. Usiłuje ona wyizolować i przebadać przyczyny danego zjawiska, pojedynczo bądź w grupach, co w ostatecznej instancji nie tylko, że jest niemożliwe, ale w obliczu faktu, że każde pokolenie i tak wszystko na nowo przerabia, jest zwykle stratą czasu. I Wojna Światowa ani nie zapobiegła ani nie przyczyniła się do II Wojny Światowej. W samarze rzeczy nie są tak proste.

W Zen celem jest to, żeby znaleźć się w tak dobrym miejscu, w tak duchowo satysfakcjonującym miejscu – co w praktyce może oznaczać jedynie transcendentne doświadczenie Nirwany – że jeżeli dano by nam możliwość przeżycia naszego życia ponownie, to nie zmienilibyśmy w nim ani jednego detalu, bez względu na to, jak bolesny detal by to był. Zmiana choćby jednego wydarzenia mogłaby bowiem uruchomić lawinę innych wydarzeń, które w konsekwencji mogłyby wyrzucić nas poza obręb ścieżki, która przecież tak czy inaczej doprowadziła nas do tego tak bezpośredniego i jednoczącego kontaktu z Bogiem.

Data gwiezdna 3134.0. Z powodu wypadku w zakrzywieniu czasoprzestrzeni, doktor McCoy zostaje teleportowany na ziemię w momencie Wielkiej Depresji lat 30-stych XX wieku. Kirk i Spock przybywają z misją odszukania go, a Kirk zakochuje się w młodej, słodkiej pracowniczce socjalnej Edith Keeler. Kiedy Edith zapada na zdrowiu, McCoy usiłuje jej pomóc, jednak Kirk uświadamia sobie, że jeżeli ona przeżyje, to rozkręci ruch pacyfistyczny na tak wielką skalę, że USA włączą się do II Wojny Światowej zbyt późno, co z kolei da nazistowskim Niemcom wystarczająco dużo czasu na skonstruowanie bomby atomowej i wygranie wojny. Gdyby zmienić przebieg choćby jednego życia, jedno malutkie wydarzenie, to historia mogłaby przybrać całkowicie inny obrót. McCoy nie może usunąć jednego węzła z karmicznej sieci, nie wpływając jednocześnie na jej wszystkie pozostałe elementy. Linia życia Edith Keeler jest już bowiem wpleciona w sieć wielu innych żyć.

O ile wspaniale było przyglądać się młodziutkiej Joan Collins w roli Edith, to o ile wspanialej mógłby wyglądać scenariusz (ale któż by to zrealizował?), w którym Kirk, mając te wszystkie złe przeczucia, sam załatwiłby młodego Adolfa (może Joan mogłaby wtedy grać jego Mutter).

Właśnie – dlaczego zatem nie zdecydował się sięgnąć w ten sposób do samego źródła zła? Ano z tego właśnie powodu, że gdyby nie Hitler i jego przesądność, to nie doszłoby do obrony Normandii, a Enterprise nie odbywałby teraz swojej misji. Tylko, że wówczas inny Fuhrer mógłby zainwestować jeszcze więcej środków w Wernera von Brauna i Peenemunde, a wtedy cała zachodnia półkula mogłaby wznosić okrzyki „Sieg Heil”. (Zrobię teraz mała dygresję i przywołam artykuł z Harpera, z okresu mniej więcej Sputnika i naszego żałosnego programu rakietowego Vanguard, w którym bardzo chwalono stację ABC, która jako jedyna przekazała informację o tym, że na przylądku Canaveral, przed obiadem dochodziło z głośników słowo „Achtung!”). Tak, sprawy mogłyby potoczyć się całkiem inaczej dla Spocka, Kirka, McCoya i wszystkich innych nas, wielbicieli Star Treka. Trudno to sobie wyobrazić, ale mogłoby być naprawdę jeszcze gorzej.

Karma jest siecią przyczyn i skutków… samsarycznej gry akcji i reakcji, w którą jesteśmy uwikłani. Z danego powodu wydarza się jedno, z innego powodu wydarza się drugie, i nie ma sensu osądzać czy któreś spośród przyczyn bądź skutków są dobre czy złe. Pewne jest to, że istniejemy tu i teraz. Udało nam się przetrwać aż do momentu, w którym jesteśmy w stanie zastanowić się nad swoim położeniem. Inny bieg wypadków mógłby spowodować, że w ogóle nie byłoby nas pośród świadomych ocalałych. Pozostaje zatem jedno pytanie: „Czy jesteśmy wystarczająco zainspirowani, żeby odwrócić uwagę od świata i poszukać schronienia w Buddzie?”

Osobie praktykującej Zen wystarczy prosta akceptacja faktu, że wszechświat jest mechaniczny, a Bóg pogrywa sobie z nim w kości. Nie jesteśmy w stanie zapragnąć czegokolwiek duchowego nie będąc do tego uprzednio zainspirowani. Ci z nas, którzy maja wystarczająco dużo szczęścia, znajdują się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie… Duch w nas wstępuje i zostajemy uniesieni. Powstajemy jak kwiat lotosu z zastałej wody i rozkwitamy, nieskalani przez paskudne doświadczenia poprzedzające moment, w którym szczęśliwie doznaliśmy inspiracji – tę cudowną szansę.

Podkreślmy – rodzimy się już z pewnym skłonnościami, pewnymi odziedziczonymi tendencjami i talentami, silnymi i słabymi stronami, które zrealizują się bądź też nie, w kolejach naszego życia. Wiele rzeczy z otaczającego nas świata może nam albo pomóc albo nam zaszkodzić. Dorastamy nie będąc świadomi, kiedy proces kształtowania się kończy. W którym momencie przestajemy być uczniami a stajemy się czeladnikami czy też mistrzami? W dniu, w którym budzimy się stwierdzając, że dziś są nasze 18-ste bądź te 21-sze urodziny? Nie…to wszystko jest raczej nieustającą, mechaniczną grą przyczyn i skutków, w dziedzinie możliwości i faktów; i nic się tu nie może zmienić aż do momentu, w którym poczujemy w sobie obecność czegoś boskiego.

Wola jest wolna tylko dla tych, którym udało się wyzwolić i uzyskać przez to wolność w kierowaniu nią. Wszyscy inni łudzą się sądząc, że są panami swojego losu. Są oni bowiem uwikłani w sieć karmy, tego uwarunkowanego z każdej strony świata ciągłej zmiany, w którym zmienia się nie tylko otoczenie zewnętrzne, lecz zmieniają się także oni sami, obserwatorzy tego otoczenia.

A teraz ostatnie słowo dotyczące dwóch praktycznych zastosowań nauki o karmie. Pierwszym jest pewna technika medytacyjna, w której osoba koncentruje uwagę na swoich własnych myślach czy doświadczeniach i stara się prześledzić wstecz różne przyczyny, które do nich doprowadziły. Pomijając już fakt, że praktykujący może dzięki niej wpaść w głęboki stan medytacji, może on także odnieść przy okazji wiele etycznych korzyści. Jeżeli odczuwa on dumę z tego, co udało mu się kiedyś dokonać, to powinien medytować nad wszystkimi warunkami, składającymi się na ten jego sukces – nad wszystkimi sprzyjającymi okolicznościami, które w sposób istotny go umożliwiły. Nawet jeżeli było tak, że człowiek działał w sposób naprawdę niezależny i na przykład ukończył uniwersytet oraz uczelnię medyczną, to i tak znaczną część zasługi musi przypisać dobrym genom, zdrowemu odżywianiu czy też właściwemu wychowaniu, które sprawiły, że nie był tak dalece jak mu się wydaje panem na własnej zagrodzie. Podobnie też, jeżeli czuje głęboki wstyd za coś, co kiedyś zrobił, to może spróbować wrócić myślą do powodów swojego postępowania i ujrzeć dokładniej wydarzenia, które go do niego przywiodły. Już choćby częściowe zrozumienie przyczyn danego zdarzenia jest w stanie rozwinąć w człowieku ogromną ilość wyrozumiałości, wdzięczności czy empatii. Drugie zastosowanie nauki o karmie polega na podejściu do samego działania jako praktyki i ofiary. Prosta, ale zdecydowana zmiana w nastawieniu jest w stanie przemienić niewdzięczny obowiązek w szansę nabrania pokory, umniejszenia dumy i nabycia łagodnego, duchowego stosunku do innych. Wykonuje się wówczas daną pracę nie po to, żeby na nasze konto wpłynęła pensja, albo też aby uniknąć krytyki lub zyskać uznanie, ale jako budującą praktykę, ofiarę złożoną Dharmie. Kiedy rezygnujemy z lgnięcia do owoców naszej pracy i poświęcamy tęże pracę w ofierze na ołtarzu Buddy, przyczyniamy się tym samym jeszcze bardziej do jakości naszego wytworu. Jak to mówią architekci, „Bóg tkwi w szczegółach.”

Dodatkowo, skupienie na samym zadaniu sprawia, że czas upływa szybko, a my, nie odczuwając nudy i rozproszenia, pracujemy dużo wydajniej. Nieważne przy tym, jak podrzędna jest to praca – praktyka tej medytacji wymaga skupienia uwagi na samym działaniu, przy jednoczesnym starannym odrzucaniu towarzyszących jej zewnętrznych myśli i bujania w obłokach. W ten sam sposób wykonuje się także medytację chodzącą. Medytujący ogranicza swoja uwagę do samych tylko kroków, na przykład uświadamiając to sobie w taki sposób: „teraz przenoszę ciężar ciała na lewą stopę i podnoszę równocześnie prawą stopę, którą z kolei przenoszę do przodu i stawiam na podłodze…” i tak dalej.

Karma joga wymaga od nas jedynie, abyśmy pracowali wyłącznie dla przyjemności, która płynie z samego faktu możliwości jej wykonania, a także bezinteresownego odcięcia się od jej owoców. To oczywiście nie znaczy, że odmówimy przyjęcia zapłaty, kiedy zapłata się nam należy, lecz że dodamy do naszych czynności pewną duchową wartość, a samą pracę uczynimy „modlitwą w ruchu.”

Nasza praca jest przecież tylko tym, co robimy. Nie jest tym, czym jesteśmy.

Dharma i Karma I

Ming Zhen Shakya

Ming Zhen Shakya (Author)

Fa Yin (Translator)

Żadne inne słowa z leksykalnego magazynu buddyzmu nie grzmią równie donośnie co Dharma i Karma. Militarne skojarzenia nie nasuwają się przy tym przypadkowo: my, buddyści, jesteśmy zewsząd atakowani przez legiony sprzecznych definicji, które zmuszają nas do angażowania się w bezsensowne spory o dharmę oraz problematyczną karmiczną grę akcji i reakcji. W obliczu braku spójności znaczeniowej na modłę kodeksów prawnych, nawet najbardziej niepozorne analizy sutr mogą obrócić się w słowną agresję. Religia tak pokojowa jak buddyzm zasługuje chyba na lepszy los.

Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma własne definicje większości terminów, i że kiedy zbierze je do kupy, zwykle wystarczają mu one na wytłumaczenie wielu podstawowych faktów. Nie chodzi mi jednak o niedostatek informacji. Problem polega raczej na tym, że zestawy definicji, którymi posługują się różne osoby rzadko się ze sobą pokrywają.

Oczywiście, że zawsze zaczynamy od własnego rozumienia terminów – co znaczy, że kiedy zabieramy się do formułowania jakichś konkretnych definicji, robimy to nie oglądając się na ogólne przyzwolenie. Jeżeli nawet nie osiągamy przy tym pełnej zgodności, to przynajmniej udaje nam się ustalić reguły gry.

Dharma jest wielowymiarowym wyrazem. Może być pisana wielką i małą literą, występować w liczbie pojedynczej i mnogiej, oraz być częścią zbitek słownych. Dla celów niniejszej rozprawy ograniczymy się do następujących definicji: Dharmakaja jako kosmiczne ciało Buddy; Dharma jako umysł Buddy; dharmy jako procesy fizjologiczne bądź zdarzenia; Dharma jako buddyjskie prawo; dharma jako obowiązek przestrzegania buddyjskiego prawa przez odczuwające istoty; oraz dharma jako „rzeczywistość” lub naturalne cechy wszelkich pozbawionych inteligencji gatunków.

Opis bóstwa nie przebiega w ten sam sposób, w jaki przypisujemy cechy zwykłym stworzeniom czy rzeczom. W buddyzmie Zen, przynajmniej w naszym ujęciu, rozpoczynamy od boskiego ciała Buddy w jego totalności, które nazywamy Svabhavikakaja. To ciało totalne jest później dzielone na trzy inne ciała – kaje – w zależności od sposobu bądź też stopnia duchowego rozwoju, na którym się je spotyka: Nirmanakaja, Sambhogakaja oraz Dharmakaja.

Nirmanakaja przejawia się jako zachwycające wizje w pierwszej i drugiej osobie, „ja” i „Ty” – „ja” będące samym medytującym jako obserwatorem, natomiast „Ty” będące symbolem napotkanego bóstwa (osobą, zwierzęciem bądź przedmiotem nieożywionym). W Zen tymi boskim postaciami mogą być buddowie, bodhisattwowie, lub też ich wysłannicy nazywani buddami medytacyjnymi, którzy w terminach jungowskich są tożsami z przejawami archetypicznej jaźni. Wizje Nirmanakai nie są ograniczone do form antropomorficznych – wiele pełnych znaczenia wizji zawiera postaci świętych zwierząt, takich jak koliber, orzeł, wąż, byk, niedźwiedź, tygrys, koń czy nawet pies. Dodatkowo także Ci, którzy faktycznie mieli do czynienia z historycznym Siddhartą jako Tathagatą (istotą ludzką, której osobowość została całkowicie przemieniona, i która z tego powodu przejawia się jedynie jako Natura Buddy), mieli przez sam ten fakt udział w doświadczeniu Nirmanakai.

Sambhogakaja jest najbardziej ezoterycznym ciałem Buddy – ciałem radości – doświadczeniem najwyższej medytacyjnej, androgynicznej ekstazy, która dana jest nam za pośrednictwem Wielkiego transseksualnego Dzieła Alchemicznego – zjednoczenia przeciwieństw, inaczej boskich zaślubin, owocujących nieśmiertelnym płodem/boskim dziecięciem lub inaczej – lapisem/perłą. W tym ekstatycznym stanie medytujący wkracza do niebios Tuszita, domostwa przeróżnych buddów i bodhisattwów – co w przełożeniu oznacza wiele lat praktyk duchowych. Wiele buddyjskich kompleksów klasztornych posiada specjalnie wydzielone pomieszczenia dla adeptów, którzy osiągnęli ten etap boskiego zjednoczenia. Każdy spośród owych szczęśliwców może przebywać w takim odosobnieniu przez okres trzech lat. Przynoszone są mu posiłki, a on dzięki temu może je spożywać nie będąc w żaden sposób rozpraszany przez intruzów. W nocy natomiast, kiedy na zewnątrz jest już spokojnie, może on wyjść ze swojego pokoju, żeby posiedzieć pod gwiazdami i pogawędzić z innymi, którzy przechodzą przez podobne doświadczenie. Chcę wyraźnie podkreślić, że ta transseksualna/androgyniczna tożsamość dochodzi do głosu tylko podczas przebywania w sferze Sambhogi i w żaden sposób nie znaczy, że medytujący stał się homo-, czy też biseksualny w codziennym życiu. (W rzeczywistości nie prowadzi on w ogóle żadnego normalnego życia seksualnego.) Ten egzaltowany stan znajduje potwierdzenie w miłości, którą Rumi żywił do Szamsa, a także w fakcie, że wielu świętych mężów stawało się wybrankami Chrystusa, itp. Szczegóły tego doświadczenia wykraczają jednak poza ramy niniejszej analizy.

Dharmakaja: na początku nadmienię że jest to jeden z tych tematów, które są szczególnie upodobane przez amatorów filozoficznej dyskusji. Tak, wiem – ja także do nich należę. Kilka tygodni temu, w telefonicznej rozmowie z Chuan Zhi, webmasterem Nan Hua, wypłynął temat Dharmakai. Praktykujący Zen łatwo dają się wciągnąć w dziwne dyskusje – stąd fakt, że on i ja, siedząc po przeciwnych stronach półkuli, rozmawialiśmy o Dharmakai, nie jest, jak mi się wydaje, aż tak dziwny. Tak jak mówiłam – jest to gorący temat „Widzisz”, paplałam, „co dziś jest żołędziem, jutro jest już dębem, a pojutrze korkiem do wina”. „Tak,”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził. „Zatem”, kontynuowałam, śmiało zmierzając do celu, do którego, jak mi się wydawało, żaden śmiertelnik jeszcze dotąd nie dotarł, „jeżeli weźmie się sumę materii i energii wszechświata, wszystkie te dharmiczne zdarzenia i interakcje, otrzymuje się tę ciągle zmieniającą się masę materiału. Co dzisiaj jest molekułą, jutro jest kilkoma atomami, a pojutrze garstką protonów i neutronów.” „Tak”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził, „…i elektronów”. „Tak, tak”, powiedziałam przechodząc na prędkość kosmiczną, „Iluzja – Maja! – polega właśnie na postrzeganiu czegokolwiek jako stałego i nieuwarunkowanego. To, co arbitralnie, dzięki samemu jedynie doświadczeniu zmysłowemu, uznajemy za trwałą ‘rzecz’, posiada ‘rzeczowość’ tylko w przelotnym, zmysłowym sensie. „Tak”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził, „.. i kwarków… i leptonów.” Musiała minąć chwila, zanim zorientowałam się, że rozmawiam przecież z kimś, kto ukończył fizykę na uniwersytecie. ”Bystrzak”, podsumowałam, próbując wydostać się z dołka, który pod sobą wykopałam.

Potem przeszliśmy do innych tematów, odnośnie których mogłam już wypowiadać się jako autorytet – jeśli nawet nie jako znawcy, to przynajmniej entuzjasty.

Pozwólcie jednak, że porzucę ten wątek, żeby zastanowić się nad intuicyjną mądrością jednego spośród wielkich hinduskich mędrców. Czy Siddharta przewidział rozwój fizyki jądrowej? Odpowiedź twierdząca na to pytanie byłaby niedorzecznością. H.G.Wells przykładowo wątpił czy Budda w ogóle potrafił pisać. Świat Buddy nie był światem skomplikowanych technologii. Trudno jest wyobrazić sobie, że on, Śiariputra i Ananda, mimo iż zasadniczo bardzo bystrzy, kiedykolwiek zabawiali się mechaniką kwantową. Budda jednak był świadomy faktu, że, jak to także zaobserwował współczesny mu Heraklit, „wszystko płynie”. Co więcej – właśnie stwierdzenie ciągłej zmiany uczyniło Buddę sławnym. Widział on bowiem, że zdrowi zapadają na choroby, młodzi starzeją się, a żyjący umierają.

Doświadczenie Dharmakai jako takiej jest tożsame z wkroczeniem w bezosobową Pustkę, duchowy obszar, do którego prawo wstępu mają wyłącznie Ci, którzy już przeszli przez obszar pełni, tj. Nirmanakai oraz Sabhogakai.

Jedynym wyjątkiem jest nieuchwytne i fragmentaryczne doświadczeni Satori, które jest jakby przedsmakiem Pustki, w tym sensie, że gdy się pojawia, to człowiek przez krótką chwilę postrzega świat oczami i uszami swojej Natury Buddy. Przeciwnie do obiegowej wiary, Satori wcale nie jest naszym ‘codziennym’ umysłem – oczywiście za wyjątkiem sytuacji, kiedy ten codzienny umysł należy do kogoś, kogo słusznie można by nazwać Tathagatą.

Starożytni uwielbiali posługiwać się pojęciami mikro-/makrokosmosu do opisu Wielkiego Dzieła Alchemicznego. Ta opozycja przewija się w większości dawnej literatury ezoterycznej. „Jako i w niebie, tako i w pojedynczym człowieku.” Trzymając się tych pojęć, można porównać wielką Dharmakaję do ciała ludzkiego w całości. Jako, że sama Dharmakaja składa się z atomów itp., tak i ludzkie ciało składa się z komórek itp. Szczególnej uwagi wymagają komórki, które składają się na różne organy zmysłowe. Te „skandy’ czy inaczej – złożenia – to oczy, uszy, język etc., których rola polega na przekazywaniu danych do naszych mózgów, które z kolei także są elementami sieci skand – tak samo jak i świadomość ego. To są właśnie dharmy egzystencjalne czy fizjologiczne. Ponieważ składowe Dharmakai są w ciągłym przepływie – przybierając coraz to nowe kształty – przeto i dane przekazywane przez dharmy łączą się w niekończący się ciąg uwarunkowanej informacji, który sam także ciągle się przeobraża, podporządkowując się zwykle dyrektywom dochodzącym z ego. Mimo, iż samo ego zbudowane jest na obraz kosmicznego Boga, tj. jako czynnik porządkujący chaotyczne bodźce docierające z zewnątrz, jest ono jedynie jednym spośród wielu dharmicznych zdarzeń. W rzeczy samej jest ono ułudą, tak jak żołądź, dąb i korek do wina są jedynie chwilowymi stop-klatkami nieustającego procesu starzenia. Ponieważ w nieskończonym samsarycznym czasie nie można dokładnie uchwycić momentów, w których jedne formy przechodzą w drugie, nie istnieją zatem stałe czy nieuwarunkowane wydarzenia psychiczne. Nie da się usunąć choćby jednego splotu z karmicznej sieci, nie powodując tym samym zmiany całej sieci. Wszystkie postrzegalne istoty i wydarzenia składają się na Samsarę, czyli Maję – świat ułudy. Sutra Serca, sumiennie recytowana codziennie przez miliony buddystów, wyraźnie stwierdza, że „wszystkie dharmy mają naturę pustki”. W dalszych fragmentach zapewnia się nas, że dharmy nie pojawiają się ani nie znikają, nie są skażone ani czyste, nie zwiększają się ani nie zmniejszają. Trzeba przyznać, że jasność nie jest mocną stroną tych zapewnień; a wielu spośród je recytujących zapewne zastanawia się co tak naprawdę znaczą słowa, które recytują. Pomocne może być zrozumienie, że tym, co czyni dharmy pustymi, jest nieobecność substancjalnego „Ja”. Ego jest zasadniczo nieistniejące, tak, jak i nieistniejące są wydarzenia, które to ego postrzega.

Wkroczenie zatem do Dharmakai i ujrzenie czystości i nieruchomości – cichej muzyki sfer – jest tożsame z doświadczeniem Nirwany, Ostatecznej Natury Pustki, Siunjaty. Na tym polega zjednoczenie natury Buddy pojedynczego człowieka z uniwersalną Naturą Buddy, inaczej Dharmą, gdyż jako że Dharmakaja jest uniwersalnym Ciałem Buddy, tak uniwersalnym Umysłem Buddy jest Dharma.

Buddyzm jest religią. W całej tej układance jest miejsce na Boga. Istnieje Jeden wielki kosmiczny zarządca, Jeden Byt Absolutny, Jedna Ostateczna Rzeczywistość. Ten Byt Absolutny zamieszkuje we wszystkich odczuwających istotach. Jest on naszą Naturą Buddy, czy też Umysłem Buddy. Sprawy zaczynają się komplikować kiedy temu Umysłowi Buddy przypisujemy inteligencję oraz jakości.

Oczywistym wydaje się fakt, że w momencie gdy ten sam Umysł jest w każdym z nas, to ten sam Umysł nie może kierować się jakimiś preferencjami. Jest on zatem taki, jaki musi być: „nieosobisty” i całkowicie niezaangażowany. Umysł Buddy jest biernym obserwatorem. Możemy zaczerpnąć nieco z jego mocy, ale nie angażuje się on celowo w nasze życie. Nie mści się on na naszych wrogach (w których, o dziwo, także mieszka), i nie jest jakoś wybiórczo łaskawy w obdarzaniu nas ziemskimi faworami. W buddyzmie światem Prawdziwym jest Nirwana. Umysł Buddy egzystuje w prawdziwym świecie i jako taki jest trwały, nieuwarunkowany, a zatem wieczny, tj. poza czasem. Gdzie nie istnieje czas, tam nie może być także mowy o przestrzeni. Ponieważ Umysł buddy „stacjonuje” w każdym z nas, nie musimy udawać się w podróże międzygalaktyczne, żeby spotkać Dharmę. Jedyne co musimy zrobić, to zwrócić się do wewnątrz, gdzie możemy spotkać Umysł Buddy w medytacji czy w samadhi. Nie trzeba donikąd się wybierać. Mówi się zatem, że Samsara i Nirwana egzystują w tym samym miejscu – z tym tylko, że Samsara jest światem widzianym oczami ego, natomiast Nirwana jest światem widzianym oczami Natury Buddy. Doświadczenie Dharmakai polega zatem na wkroczeniu w wymiar bez ego – wymiar, który jest poza dobrem i złem, słusznym i niesłusznym, oraz innymi osądami tego rodzaju. Nie istnieją żadne baśnie, które by o nim mówiły. Jest on poza historią, która z kolei jest terytorium Samsary – świata ułudy.

W buddyzmie Zen mówi się także o współzależnych, uzupełniających się jakościach Yin i Yang. Całość materii i energii to element Yin. To materialne, fizyczne ciało nie działa jednak bez ograniczeń. Jego struktura i dynamika kierują się prawami fizyki, które to prawa z kolei tworzą element Yang. Yin/Yang. Shakti/Shiva. Eros/Logos. Moc i Prawo, któremu Moc podlega.

W tym przypadku ‘Dharma’ będzie oznaczać normy etycznego postępowania (zasady i prawa), które Umysł Buddy narzuca wszystkim odczuwającym istotom; ‘dharmą’ natomiast określimy obowiązek podporządkowania się tym zasadom i prawom; bądź, jak w przypadku istot nieinteligentnych – posłuszeństwo naturze lub typowe zachowanie.

Nie wolno nam działać w sposób niepohamowany, pobłażając sobie w czym tylko zapragniemy, i załatwiając sprawę poprzez przypisanie później całej winy naszej arcyludzkiej naturze. Wiadomo, że istoty ludzkie są zdolne zarówno do wielkich cnót, jak i do wcale niemałych wad. W momencie jednak, gdy taka istota ludzka zdarza się być buddystą, ma ona obowiązek dostosowania swojego zachowania do Buddyjskich Wskazań.

Istnieje taka stara przypowieść o skorpionie i świętym który objaśniał Dharmę: święty siedzi na brzegu rzeki, do której wpadł skorpion. Skorpion miota się w wodzie, zaczyna tonąć, a święty, widząc jego agonię, wyciąga go z wody i stawia na ziemi; w tym momencie skorpion go kąsa.

Po czym skorpion znów wpada do wody, i znów święty go ratuje i zostaje przez niego ukąszony.

Sytuacja powtarza się po raz kolejny…a koleś stojący nieopodal nie wierzy własnym oczom. Nie może zrozumieć dlaczego święty bierze udział w takiej przewidywalnej, paskudnej grze. W pewnym momencie żąda wyjaśnień.

„No więc”, zaczyna święty, „To jest kwestia dharmy. Dharmą skorpiona jest kąsać , natomiast dharmą ludzkiej istoty jest pomagać potrzebującym.”

Tak, jak materialne ciało Buddy kieruje się prawami fizyki, tak duchowe ciało moralnego człowieka kieruje się prawdami i prawami zawartymi w tejże Dharmie i objawionymi przez Buddę Siakjamuniego – w Dharmie buddyjskiej. Zyskanie takiego wyczucia dharmy rzadko kiedy jednak przychodzi samo z siebie. Potrzeba nieraz sporo wysiłku, jednak Bóg jest miłosierny i spotyka nas wpół drogi. Dla zobrazowania tego problemu i jego rozwiązania, Budda dał nam przypowieść o kupcu i jego krnąbrnym synu:

W niewielkim mieście niedaleko Benaresu żył sobie kupiec ze swoim synem, którego bardzo kochał. Jako, że biznes dobrze prosperował, kupiec nie mógł doczekać się dnia, kiedy mógłby go przekazać synowi. Chłopiec jednak stawał się coraz bardziej niespokojny, zbuntowany i niezadowolony z życia. „Nudzę się i pragnę podniet oraz przygód,”, oznajmił, jak i wielu z nas zapewne kiedyś oznajmiało, „opuszczam zatem dom, żeby szukać szczęścia.” Opuścił zatem swojego ojca i poszedł w świat, gdzie wkrótce popadł w tarapaty. Tak długo napadali go złodzieje i inni rzezimieszkowie, aż on sam stał się taki jak oni. Z biegiem czasu został włóczęgą, szukającym pokoju wszędzie, a nie mogącym znaleźć go nigdzie.

Ojciec ciągle się za niego modlił i wypatrywał jego twarzy wśród tłumów. Smutek kupca wzrastał z dnia na dzień, majątek również. Kupił piękny dom w Benaresie, mając przy tym nadzieję, że jego sława przywiedzie chłopca z powrotem. Lata jednak mijały i kupiec postarzał się z rozpaczy, że nigdy już nie zobaczy swojego ukochanego syna. A wtedy, pewnego dnia, kiedy spoglądał przez okno, ujrzał jego twarz. „Czy to naprawdę mój chłopak”, zastanawiał się, wątpiąc czy po tylu latach oczy go nie mylą. Natychmiast wysłał służących, żeby wypytali chłopaka. „Zapytajcie go o imię i o to, gdzie się urodził”, powiedział. „A jeżeli także wam wyda się, że to mój syn, zaproście go do domu a wtedy ja z nim porozmawiam. Czekałem na niego całą wieczność.” Służący zbliżyli się do chłopca, lecz kiedy poznali jego tożsamość i zaprosili go do domu, chłopak zrobił się nerwowy i podejrzliwy. „Czy drwicie z mojego ubóstwa?, zapytał. ”Lub czy może raczej chcecie mnie zwabić w jakąś zasadzkę?”. Wtedy chłopak odwróci się na pięcie i zaczął uciekać. Gdy służący wrócili i powiedzieli panu co się stało, on nakazał im pobiec za chłopakiem i potraktować go jak obcego. „Powiedzcie mu, że źle was zrozumiał – przecież chcieliście mu tylko zaproponować pracę w stajni”, rzekł kupiec. To wydało się chłopcu bardziej sensowne i tym razem się zgodził. Kupiec bacznie przyglądał się postępom czynionym przez syna, codziennie dając mu nieco więcej obowiązków, a gdy syn nabrał już pewności siebie, został mianowany zarządcą stajni. Wtedy ojciec przekazał mu także nadzór nad trawnikami i ogrodami, a kiedy syn i tego już się wyuczył, ojciec uczynił go zarządcą całego domu.

Kiedy syn odzyskał już w pełni szacunek do samego siebie oraz stał się prawy i opanował wiele umiejętności, ojciec w końcu wyjawił mu jego prawdziwą tożsamość i przekazał mu cały swój majątek.

W trakcie naszego życia, zarówno my grzeszymy przeciwko innym, jak i inni grzeszą przeciw nam. Ciągle wydaje się, że a to jesteśmy małą rybką, na którą poluje wielka ryba, a to, że z kolei my jesteśmy wielką rybą polującą na małe rybki. Wcześniej czy później męczymy się jednak całą tą walką i okropieństwem tego polowania. Pragniemy pokoju i wtedy właśnie spotykamy tę bezpieczną przystań podaną nam w schronieniu Buddy.

Wtedy też zaczynamy zwracać się do wewnątrz.

Żadne omówienie Dharmy nie byłoby pełne bez odniesienia do Mahabharaty (z której wywodzi się Bhagavad Gita). W następującym akapicie przytoczona jest swoista wersja przypowieści o kupcu:

Bóg Dharma ma syna, Judhiszthirę – prawowitego władcę królestwa, które przegrał w hazardzie, a później odzyskał w straszliwiej bitwie, w której jednakże stracił wszystko, co kiedykolwiek kochał. Judhiszthira, opuszczony i przybity, błąka się po opustoszałych ruinach, przyglądając się ogromowi zniszczeń. Widząc to, Dharma przybiera postać psa i zostaje jedynym towarzyszem Judhiszthiry, chodząc przy jego nodze i dzieląc jego los bez osądzania i skarg.

Po wszystkich zmaganiach, wszystkich popełnionych błędach, wszystkich trudach i cierpieniach, które zmuszony był przeżyć, Judhiszthira otrzymuje w końcu możliwość wejścia do Nieba. Bóg Indra zniża się na swoim rydwanie i zaprasza Judhiszthirę do środka. Weźmie go ze sobą do nieba…tylko, że…nie może wziąć też psa.

Judhiszthira odmawia wejścia do rydwanu, jednocześnie błagając Indrę, „Proszę, mój Panie. Ten pies był mi jedynym wiernym towarzyszem. Musi pojechać razem ze mną.” „Nie,” mówi Indra. Nie wchodzi się do Nieba z psami. Pies jest nieczysty. Pies nie ma duszy!”

Judhiszthira protestuje. „Ten pies jest mi wierny i całkowicie zdany na moją łaskę. Jeśli go tu zostawię, to zdechnie. Ale Indra się nie ugina. „W Niebie nie ma miejsca dla psów. Psy są nieczyste. Nie weźmiemy go!”

„No cóż, skoro tak musi być”, odpiera Juddhiszthira. „Nie opuszczę tego psa.”. Na co Indra grzmi. „Nie rozumiesz? Zyskałeś dostęp do Nieba! Nieśmiertelność, wszelka pomyślność i szczęście są Twoje! Zostaw tylko to zwierzę i jedź ze mną! Zostawienie go tutaj nie będzie okrucieństwem. Mogę go zaraz uśpić, bezboleśnie.” I wykonując tajemniczy gest mówi kusząco, „Nikt się nie dowie.”

Judiszthira rozgląda się wokół. „Czy nadal jesteśmy w moi królestwie?” pyta. Indra potwierdza. Wtedy Judhiszthira mówi, „Zatem to ja muszę zdecydować co począć. Nie odprawię tego psa. Odprawię natomiast Ciebie.” Odwraca się na pięcie i ponawia swoja smutną włóczęgę, kiedy nagle jego mały pies znika a na jego miejscu pojawia się bóg Dharma… który jest naturalnie bardzo dumny ze swojego syna. Judhiszthira natychmiast zostaje przyjęty do nieba. Dharmą króla jest dbałość o królestwo, ochrona wszystkich, którzy żyją pod jego panowaniem, niezależnie od tego czy są wielcy czy mali. Król nie poświęca swoich poddanych swoim zachciankom. Poświęca swoje zachcianki swoim poddanym.

Każda ścieżka ma swoją Dharmę, swoje święte powinności, swój Kodeks Etyki, swoje Wu Szi Dao (Buszido), swoją przysięgę Hipokratesa. Dharmą buddysty jest żyć w zgodzie ze Wskazaniami i naśladować Przebudzonego, który pierwszy objawił te Wskazania.

Przy odrobinie szczęścia, może i nam uda się wkroczyć do sfery Dharmakai.