Dharma for the Polish!

Dear readers,

It is our pleasure to announce that a member of our Sangha, Mr. Marcin Koźlecki (Fa Yin) will be helping us in our effort to teach the Dharma. Marcin will be translating Ming Zhen essay “Dharma and Karma” and we will be publishing its two parts as soon as they are translated.

 

We appreciate Marcin efforts in order to expand our reach to Polish readers. Keep coming for updates!

 

This is a picture of Marcin and his son in a sunny day around the city of Łódź.

Dharma i Karma I

Ming Zhen Shakya

Ming Zhen Shakya (Author)

Fa Yin (Translator)

Żadne inne słowa z leksykalnego magazynu buddyzmu nie grzmią równie donośnie co Dharma i Karma. Militarne skojarzenia nie nasuwają się przy tym przypadkowo: my, buddyści, jesteśmy zewsząd atakowani przez legiony sprzecznych definicji, które zmuszają nas do angażowania się w bezsensowne spory o dharmę oraz problematyczną karmiczną grę akcji i reakcji. W obliczu braku spójności znaczeniowej na modłę kodeksów prawnych, nawet najbardziej niepozorne analizy sutr mogą obrócić się w słowną agresję. Religia tak pokojowa jak buddyzm zasługuje chyba na lepszy los.

Zdaję sobie sprawę z tego, że każdy ma własne definicje większości terminów, i że kiedy zbierze je do kupy, zwykle wystarczają mu one na wytłumaczenie wielu podstawowych faktów. Nie chodzi mi jednak o niedostatek informacji. Problem polega raczej na tym, że zestawy definicji, którymi posługują się różne osoby rzadko się ze sobą pokrywają.

Oczywiście, że zawsze zaczynamy od własnego rozumienia terminów – co znaczy, że kiedy zabieramy się do formułowania jakichś konkretnych definicji, robimy to nie oglądając się na ogólne przyzwolenie. Jeżeli nawet nie osiągamy przy tym pełnej zgodności, to przynajmniej udaje nam się ustalić reguły gry.

Dharma jest wielowymiarowym wyrazem. Może być pisana wielką i małą literą, występować w liczbie pojedynczej i mnogiej, oraz być częścią zbitek słownych. Dla celów niniejszej rozprawy ograniczymy się do następujących definicji: Dharmakaja jako kosmiczne ciało Buddy; Dharma jako umysł Buddy; dharmy jako procesy fizjologiczne bądź zdarzenia; Dharma jako buddyjskie prawo; dharma jako obowiązek przestrzegania buddyjskiego prawa przez odczuwające istoty; oraz dharma jako „rzeczywistość” lub naturalne cechy wszelkich pozbawionych inteligencji gatunków.

Opis bóstwa nie przebiega w ten sam sposób, w jaki przypisujemy cechy zwykłym stworzeniom czy rzeczom. W buddyzmie Zen, przynajmniej w naszym ujęciu, rozpoczynamy od boskiego ciała Buddy w jego totalności, które nazywamy Svabhavikakaja. To ciało totalne jest później dzielone na trzy inne ciała – kaje – w zależności od sposobu bądź też stopnia duchowego rozwoju, na którym się je spotyka: Nirmanakaja, Sambhogakaja oraz Dharmakaja.

Nirmanakaja przejawia się jako zachwycające wizje w pierwszej i drugiej osobie, „ja” i „Ty” – „ja” będące samym medytującym jako obserwatorem, natomiast „Ty” będące symbolem napotkanego bóstwa (osobą, zwierzęciem bądź przedmiotem nieożywionym). W Zen tymi boskim postaciami mogą być buddowie, bodhisattwowie, lub też ich wysłannicy nazywani buddami medytacyjnymi, którzy w terminach jungowskich są tożsami z przejawami archetypicznej jaźni. Wizje Nirmanakai nie są ograniczone do form antropomorficznych – wiele pełnych znaczenia wizji zawiera postaci świętych zwierząt, takich jak koliber, orzeł, wąż, byk, niedźwiedź, tygrys, koń czy nawet pies. Dodatkowo także Ci, którzy faktycznie mieli do czynienia z historycznym Siddhartą jako Tathagatą (istotą ludzką, której osobowość została całkowicie przemieniona, i która z tego powodu przejawia się jedynie jako Natura Buddy), mieli przez sam ten fakt udział w doświadczeniu Nirmanakai.

Sambhogakaja jest najbardziej ezoterycznym ciałem Buddy – ciałem radości – doświadczeniem najwyższej medytacyjnej, androgynicznej ekstazy, która dana jest nam za pośrednictwem Wielkiego transseksualnego Dzieła Alchemicznego – zjednoczenia przeciwieństw, inaczej boskich zaślubin, owocujących nieśmiertelnym płodem/boskim dziecięciem lub inaczej – lapisem/perłą. W tym ekstatycznym stanie medytujący wkracza do niebios Tuszita, domostwa przeróżnych buddów i bodhisattwów – co w przełożeniu oznacza wiele lat praktyk duchowych. Wiele buddyjskich kompleksów klasztornych posiada specjalnie wydzielone pomieszczenia dla adeptów, którzy osiągnęli ten etap boskiego zjednoczenia. Każdy spośród owych szczęśliwców może przebywać w takim odosobnieniu przez okres trzech lat. Przynoszone są mu posiłki, a on dzięki temu może je spożywać nie będąc w żaden sposób rozpraszany przez intruzów. W nocy natomiast, kiedy na zewnątrz jest już spokojnie, może on wyjść ze swojego pokoju, żeby posiedzieć pod gwiazdami i pogawędzić z innymi, którzy przechodzą przez podobne doświadczenie. Chcę wyraźnie podkreślić, że ta transseksualna/androgyniczna tożsamość dochodzi do głosu tylko podczas przebywania w sferze Sambhogi i w żaden sposób nie znaczy, że medytujący stał się homo-, czy też biseksualny w codziennym życiu. (W rzeczywistości nie prowadzi on w ogóle żadnego normalnego życia seksualnego.) Ten egzaltowany stan znajduje potwierdzenie w miłości, którą Rumi żywił do Szamsa, a także w fakcie, że wielu świętych mężów stawało się wybrankami Chrystusa, itp. Szczegóły tego doświadczenia wykraczają jednak poza ramy niniejszej analizy.

Dharmakaja: na początku nadmienię że jest to jeden z tych tematów, które są szczególnie upodobane przez amatorów filozoficznej dyskusji. Tak, wiem – ja także do nich należę. Kilka tygodni temu, w telefonicznej rozmowie z Chuan Zhi, webmasterem Nan Hua, wypłynął temat Dharmakai. Praktykujący Zen łatwo dają się wciągnąć w dziwne dyskusje – stąd fakt, że on i ja, siedząc po przeciwnych stronach półkuli, rozmawialiśmy o Dharmakai, nie jest, jak mi się wydaje, aż tak dziwny. Tak jak mówiłam – jest to gorący temat „Widzisz”, paplałam, „co dziś jest żołędziem, jutro jest już dębem, a pojutrze korkiem do wina”. „Tak,”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził. „Zatem”, kontynuowałam, śmiało zmierzając do celu, do którego, jak mi się wydawało, żaden śmiertelnik jeszcze dotąd nie dotarł, „jeżeli weźmie się sumę materii i energii wszechświata, wszystkie te dharmiczne zdarzenia i interakcje, otrzymuje się tę ciągle zmieniającą się masę materiału. Co dzisiaj jest molekułą, jutro jest kilkoma atomami, a pojutrze garstką protonów i neutronów.” „Tak”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził, „…i elektronów”. „Tak, tak”, powiedziałam przechodząc na prędkość kosmiczną, „Iluzja – Maja! – polega właśnie na postrzeganiu czegokolwiek jako stałego i nieuwarunkowanego. To, co arbitralnie, dzięki samemu jedynie doświadczeniu zmysłowemu, uznajemy za trwałą ‘rzecz’, posiada ‘rzeczowość’ tylko w przelotnym, zmysłowym sensie. „Tak”, Chuan Zhi łagodnie potwierdził, „.. i kwarków… i leptonów.” Musiała minąć chwila, zanim zorientowałam się, że rozmawiam przecież z kimś, kto ukończył fizykę na uniwersytecie. ”Bystrzak”, podsumowałam, próbując wydostać się z dołka, który pod sobą wykopałam.

Potem przeszliśmy do innych tematów, odnośnie których mogłam już wypowiadać się jako autorytet – jeśli nawet nie jako znawcy, to przynajmniej entuzjasty.

Pozwólcie jednak, że porzucę ten wątek, żeby zastanowić się nad intuicyjną mądrością jednego spośród wielkich hinduskich mędrców. Czy Siddharta przewidział rozwój fizyki jądrowej? Odpowiedź twierdząca na to pytanie byłaby niedorzecznością. H.G.Wells przykładowo wątpił czy Budda w ogóle potrafił pisać. Świat Buddy nie był światem skomplikowanych technologii. Trudno jest wyobrazić sobie, że on, Śiariputra i Ananda, mimo iż zasadniczo bardzo bystrzy, kiedykolwiek zabawiali się mechaniką kwantową. Budda jednak był świadomy faktu, że, jak to także zaobserwował współczesny mu Heraklit, „wszystko płynie”. Co więcej – właśnie stwierdzenie ciągłej zmiany uczyniło Buddę sławnym. Widział on bowiem, że zdrowi zapadają na choroby, młodzi starzeją się, a żyjący umierają.

Doświadczenie Dharmakai jako takiej jest tożsame z wkroczeniem w bezosobową Pustkę, duchowy obszar, do którego prawo wstępu mają wyłącznie Ci, którzy już przeszli przez obszar pełni, tj. Nirmanakai oraz Sabhogakai.

Jedynym wyjątkiem jest nieuchwytne i fragmentaryczne doświadczeni Satori, które jest jakby przedsmakiem Pustki, w tym sensie, że gdy się pojawia, to człowiek przez krótką chwilę postrzega świat oczami i uszami swojej Natury Buddy. Przeciwnie do obiegowej wiary, Satori wcale nie jest naszym ‘codziennym’ umysłem – oczywiście za wyjątkiem sytuacji, kiedy ten codzienny umysł należy do kogoś, kogo słusznie można by nazwać Tathagatą.

Starożytni uwielbiali posługiwać się pojęciami mikro-/makrokosmosu do opisu Wielkiego Dzieła Alchemicznego. Ta opozycja przewija się w większości dawnej literatury ezoterycznej. „Jako i w niebie, tako i w pojedynczym człowieku.” Trzymając się tych pojęć, można porównać wielką Dharmakaję do ciała ludzkiego w całości. Jako, że sama Dharmakaja składa się z atomów itp., tak i ludzkie ciało składa się z komórek itp. Szczególnej uwagi wymagają komórki, które składają się na różne organy zmysłowe. Te „skandy’ czy inaczej – złożenia – to oczy, uszy, język etc., których rola polega na przekazywaniu danych do naszych mózgów, które z kolei także są elementami sieci skand – tak samo jak i świadomość ego. To są właśnie dharmy egzystencjalne czy fizjologiczne. Ponieważ składowe Dharmakai są w ciągłym przepływie – przybierając coraz to nowe kształty – przeto i dane przekazywane przez dharmy łączą się w niekończący się ciąg uwarunkowanej informacji, który sam także ciągle się przeobraża, podporządkowując się zwykle dyrektywom dochodzącym z ego. Mimo, iż samo ego zbudowane jest na obraz kosmicznego Boga, tj. jako czynnik porządkujący chaotyczne bodźce docierające z zewnątrz, jest ono jedynie jednym spośród wielu dharmicznych zdarzeń. W rzeczy samej jest ono ułudą, tak jak żołądź, dąb i korek do wina są jedynie chwilowymi stop-klatkami nieustającego procesu starzenia. Ponieważ w nieskończonym samsarycznym czasie nie można dokładnie uchwycić momentów, w których jedne formy przechodzą w drugie, nie istnieją zatem stałe czy nieuwarunkowane wydarzenia psychiczne. Nie da się usunąć choćby jednego splotu z karmicznej sieci, nie powodując tym samym zmiany całej sieci. Wszystkie postrzegalne istoty i wydarzenia składają się na Samsarę, czyli Maję – świat ułudy. Sutra Serca, sumiennie recytowana codziennie przez miliony buddystów, wyraźnie stwierdza, że „wszystkie dharmy mają naturę pustki”. W dalszych fragmentach zapewnia się nas, że dharmy nie pojawiają się ani nie znikają, nie są skażone ani czyste, nie zwiększają się ani nie zmniejszają. Trzeba przyznać, że jasność nie jest mocną stroną tych zapewnień; a wielu spośród je recytujących zapewne zastanawia się co tak naprawdę znaczą słowa, które recytują. Pomocne może być zrozumienie, że tym, co czyni dharmy pustymi, jest nieobecność substancjalnego „Ja”. Ego jest zasadniczo nieistniejące, tak, jak i nieistniejące są wydarzenia, które to ego postrzega.

Wkroczenie zatem do Dharmakai i ujrzenie czystości i nieruchomości – cichej muzyki sfer – jest tożsame z doświadczeniem Nirwany, Ostatecznej Natury Pustki, Siunjaty. Na tym polega zjednoczenie natury Buddy pojedynczego człowieka z uniwersalną Naturą Buddy, inaczej Dharmą, gdyż jako że Dharmakaja jest uniwersalnym Ciałem Buddy, tak uniwersalnym Umysłem Buddy jest Dharma.

Buddyzm jest religią. W całej tej układance jest miejsce na Boga. Istnieje Jeden wielki kosmiczny zarządca, Jeden Byt Absolutny, Jedna Ostateczna Rzeczywistość. Ten Byt Absolutny zamieszkuje we wszystkich odczuwających istotach. Jest on naszą Naturą Buddy, czy też Umysłem Buddy. Sprawy zaczynają się komplikować kiedy temu Umysłowi Buddy przypisujemy inteligencję oraz jakości.

Oczywistym wydaje się fakt, że w momencie gdy ten sam Umysł jest w każdym z nas, to ten sam Umysł nie może kierować się jakimiś preferencjami. Jest on zatem taki, jaki musi być: „nieosobisty” i całkowicie niezaangażowany. Umysł Buddy jest biernym obserwatorem. Możemy zaczerpnąć nieco z jego mocy, ale nie angażuje się on celowo w nasze życie. Nie mści się on na naszych wrogach (w których, o dziwo, także mieszka), i nie jest jakoś wybiórczo łaskawy w obdarzaniu nas ziemskimi faworami. W buddyzmie światem Prawdziwym jest Nirwana. Umysł Buddy egzystuje w prawdziwym świecie i jako taki jest trwały, nieuwarunkowany, a zatem wieczny, tj. poza czasem. Gdzie nie istnieje czas, tam nie może być także mowy o przestrzeni. Ponieważ Umysł buddy „stacjonuje” w każdym z nas, nie musimy udawać się w podróże międzygalaktyczne, żeby spotkać Dharmę. Jedyne co musimy zrobić, to zwrócić się do wewnątrz, gdzie możemy spotkać Umysł Buddy w medytacji czy w samadhi. Nie trzeba donikąd się wybierać. Mówi się zatem, że Samsara i Nirwana egzystują w tym samym miejscu – z tym tylko, że Samsara jest światem widzianym oczami ego, natomiast Nirwana jest światem widzianym oczami Natury Buddy. Doświadczenie Dharmakai polega zatem na wkroczeniu w wymiar bez ego – wymiar, który jest poza dobrem i złem, słusznym i niesłusznym, oraz innymi osądami tego rodzaju. Nie istnieją żadne baśnie, które by o nim mówiły. Jest on poza historią, która z kolei jest terytorium Samsary – świata ułudy.

W buddyzmie Zen mówi się także o współzależnych, uzupełniających się jakościach Yin i Yang. Całość materii i energii to element Yin. To materialne, fizyczne ciało nie działa jednak bez ograniczeń. Jego struktura i dynamika kierują się prawami fizyki, które to prawa z kolei tworzą element Yang. Yin/Yang. Shakti/Shiva. Eros/Logos. Moc i Prawo, któremu Moc podlega.

W tym przypadku ‘Dharma’ będzie oznaczać normy etycznego postępowania (zasady i prawa), które Umysł Buddy narzuca wszystkim odczuwającym istotom; ‘dharmą’ natomiast określimy obowiązek podporządkowania się tym zasadom i prawom; bądź, jak w przypadku istot nieinteligentnych – posłuszeństwo naturze lub typowe zachowanie.

Nie wolno nam działać w sposób niepohamowany, pobłażając sobie w czym tylko zapragniemy, i załatwiając sprawę poprzez przypisanie później całej winy naszej arcyludzkiej naturze. Wiadomo, że istoty ludzkie są zdolne zarówno do wielkich cnót, jak i do wcale niemałych wad. W momencie jednak, gdy taka istota ludzka zdarza się być buddystą, ma ona obowiązek dostosowania swojego zachowania do Buddyjskich Wskazań.

Istnieje taka stara przypowieść o skorpionie i świętym który objaśniał Dharmę: święty siedzi na brzegu rzeki, do której wpadł skorpion. Skorpion miota się w wodzie, zaczyna tonąć, a święty, widząc jego agonię, wyciąga go z wody i stawia na ziemi; w tym momencie skorpion go kąsa.

Po czym skorpion znów wpada do wody, i znów święty go ratuje i zostaje przez niego ukąszony.

Sytuacja powtarza się po raz kolejny…a koleś stojący nieopodal nie wierzy własnym oczom. Nie może zrozumieć dlaczego święty bierze udział w takiej przewidywalnej, paskudnej grze. W pewnym momencie żąda wyjaśnień.

„No więc”, zaczyna święty, „To jest kwestia dharmy. Dharmą skorpiona jest kąsać , natomiast dharmą ludzkiej istoty jest pomagać potrzebującym.”

Tak, jak materialne ciało Buddy kieruje się prawami fizyki, tak duchowe ciało moralnego człowieka kieruje się prawdami i prawami zawartymi w tejże Dharmie i objawionymi przez Buddę Siakjamuniego – w Dharmie buddyjskiej. Zyskanie takiego wyczucia dharmy rzadko kiedy jednak przychodzi samo z siebie. Potrzeba nieraz sporo wysiłku, jednak Bóg jest miłosierny i spotyka nas wpół drogi. Dla zobrazowania tego problemu i jego rozwiązania, Budda dał nam przypowieść o kupcu i jego krnąbrnym synu:

W niewielkim mieście niedaleko Benaresu żył sobie kupiec ze swoim synem, którego bardzo kochał. Jako, że biznes dobrze prosperował, kupiec nie mógł doczekać się dnia, kiedy mógłby go przekazać synowi. Chłopiec jednak stawał się coraz bardziej niespokojny, zbuntowany i niezadowolony z życia. „Nudzę się i pragnę podniet oraz przygód,”, oznajmił, jak i wielu z nas zapewne kiedyś oznajmiało, „opuszczam zatem dom, żeby szukać szczęścia.” Opuścił zatem swojego ojca i poszedł w świat, gdzie wkrótce popadł w tarapaty. Tak długo napadali go złodzieje i inni rzezimieszkowie, aż on sam stał się taki jak oni. Z biegiem czasu został włóczęgą, szukającym pokoju wszędzie, a nie mogącym znaleźć go nigdzie.

Ojciec ciągle się za niego modlił i wypatrywał jego twarzy wśród tłumów. Smutek kupca wzrastał z dnia na dzień, majątek również. Kupił piękny dom w Benaresie, mając przy tym nadzieję, że jego sława przywiedzie chłopca z powrotem. Lata jednak mijały i kupiec postarzał się z rozpaczy, że nigdy już nie zobaczy swojego ukochanego syna. A wtedy, pewnego dnia, kiedy spoglądał przez okno, ujrzał jego twarz. „Czy to naprawdę mój chłopak”, zastanawiał się, wątpiąc czy po tylu latach oczy go nie mylą. Natychmiast wysłał służących, żeby wypytali chłopaka. „Zapytajcie go o imię i o to, gdzie się urodził”, powiedział. „A jeżeli także wam wyda się, że to mój syn, zaproście go do domu a wtedy ja z nim porozmawiam. Czekałem na niego całą wieczność.” Służący zbliżyli się do chłopca, lecz kiedy poznali jego tożsamość i zaprosili go do domu, chłopak zrobił się nerwowy i podejrzliwy. „Czy drwicie z mojego ubóstwa?, zapytał. ”Lub czy może raczej chcecie mnie zwabić w jakąś zasadzkę?”. Wtedy chłopak odwróci się na pięcie i zaczął uciekać. Gdy służący wrócili i powiedzieli panu co się stało, on nakazał im pobiec za chłopakiem i potraktować go jak obcego. „Powiedzcie mu, że źle was zrozumiał – przecież chcieliście mu tylko zaproponować pracę w stajni”, rzekł kupiec. To wydało się chłopcu bardziej sensowne i tym razem się zgodził. Kupiec bacznie przyglądał się postępom czynionym przez syna, codziennie dając mu nieco więcej obowiązków, a gdy syn nabrał już pewności siebie, został mianowany zarządcą stajni. Wtedy ojciec przekazał mu także nadzór nad trawnikami i ogrodami, a kiedy syn i tego już się wyuczył, ojciec uczynił go zarządcą całego domu.

Kiedy syn odzyskał już w pełni szacunek do samego siebie oraz stał się prawy i opanował wiele umiejętności, ojciec w końcu wyjawił mu jego prawdziwą tożsamość i przekazał mu cały swój majątek.

W trakcie naszego życia, zarówno my grzeszymy przeciwko innym, jak i inni grzeszą przeciw nam. Ciągle wydaje się, że a to jesteśmy małą rybką, na którą poluje wielka ryba, a to, że z kolei my jesteśmy wielką rybą polującą na małe rybki. Wcześniej czy później męczymy się jednak całą tą walką i okropieństwem tego polowania. Pragniemy pokoju i wtedy właśnie spotykamy tę bezpieczną przystań podaną nam w schronieniu Buddy.

Wtedy też zaczynamy zwracać się do wewnątrz.

Żadne omówienie Dharmy nie byłoby pełne bez odniesienia do Mahabharaty (z której wywodzi się Bhagavad Gita). W następującym akapicie przytoczona jest swoista wersja przypowieści o kupcu:

Bóg Dharma ma syna, Judhiszthirę – prawowitego władcę królestwa, które przegrał w hazardzie, a później odzyskał w straszliwiej bitwie, w której jednakże stracił wszystko, co kiedykolwiek kochał. Judhiszthira, opuszczony i przybity, błąka się po opustoszałych ruinach, przyglądając się ogromowi zniszczeń. Widząc to, Dharma przybiera postać psa i zostaje jedynym towarzyszem Judhiszthiry, chodząc przy jego nodze i dzieląc jego los bez osądzania i skarg.

Po wszystkich zmaganiach, wszystkich popełnionych błędach, wszystkich trudach i cierpieniach, które zmuszony był przeżyć, Judhiszthira otrzymuje w końcu możliwość wejścia do Nieba. Bóg Indra zniża się na swoim rydwanie i zaprasza Judhiszthirę do środka. Weźmie go ze sobą do nieba…tylko, że…nie może wziąć też psa.

Judhiszthira odmawia wejścia do rydwanu, jednocześnie błagając Indrę, „Proszę, mój Panie. Ten pies był mi jedynym wiernym towarzyszem. Musi pojechać razem ze mną.” „Nie,” mówi Indra. Nie wchodzi się do Nieba z psami. Pies jest nieczysty. Pies nie ma duszy!”

Judhiszthira protestuje. „Ten pies jest mi wierny i całkowicie zdany na moją łaskę. Jeśli go tu zostawię, to zdechnie. Ale Indra się nie ugina. „W Niebie nie ma miejsca dla psów. Psy są nieczyste. Nie weźmiemy go!”

„No cóż, skoro tak musi być”, odpiera Juddhiszthira. „Nie opuszczę tego psa.”. Na co Indra grzmi. „Nie rozumiesz? Zyskałeś dostęp do Nieba! Nieśmiertelność, wszelka pomyślność i szczęście są Twoje! Zostaw tylko to zwierzę i jedź ze mną! Zostawienie go tutaj nie będzie okrucieństwem. Mogę go zaraz uśpić, bezboleśnie.” I wykonując tajemniczy gest mówi kusząco, „Nikt się nie dowie.”

Judiszthira rozgląda się wokół. „Czy nadal jesteśmy w moi królestwie?” pyta. Indra potwierdza. Wtedy Judhiszthira mówi, „Zatem to ja muszę zdecydować co począć. Nie odprawię tego psa. Odprawię natomiast Ciebie.” Odwraca się na pięcie i ponawia swoja smutną włóczęgę, kiedy nagle jego mały pies znika a na jego miejscu pojawia się bóg Dharma… który jest naturalnie bardzo dumny ze swojego syna. Judhiszthira natychmiast zostaje przyjęty do nieba. Dharmą króla jest dbałość o królestwo, ochrona wszystkich, którzy żyją pod jego panowaniem, niezależnie od tego czy są wielcy czy mali. Król nie poświęca swoich poddanych swoim zachciankom. Poświęca swoje zachcianki swoim poddanym.

Każda ścieżka ma swoją Dharmę, swoje święte powinności, swój Kodeks Etyki, swoje Wu Szi Dao (Buszido), swoją przysięgę Hipokratesa. Dharmą buddysty jest żyć w zgodzie ze Wskazaniami i naśladować Przebudzonego, który pierwszy objawił te Wskazania.

Przy odrobinie szczęścia, może i nam uda się wkroczyć do sfery Dharmakai.

Nothing in Life Has Lines Around It We Draw the Lines

Yao Xiang Shakya

Yao Xiang Shakya

What is true everywhere, for everyone…all the time?

We are born, we appear, we get sick, we grow old and we die. That is true everywhere, for everyone…all the time. It is the cycle of life. Yet, in the propaganda of the mind, the ground of fabrication, we are drawn away from the true line of events over and over again.  Instead, we look at the lines we draw, those imaginary lines drawn in the shifting sands of the material world of the mind.

We spend most of our time drawing these lines, pulling on them, reeling them in, darkening them, and continuing them in order to maintain the ignorance of our puny view.  We insist. We prolong. We protract. We believe.

“Look! Look! Look!” says the sage.

We ask. Is this admonition enough?

“Look! Look! Look!” says the sage.

But our puny view wants more when we look, we want to look for some entertainment, we want to look like somebody, and we want to look acceptable.

“Look! Look! Look!” says the sage.

We look for more.

“Look! Look! Look!” says the sage.

No matter what the circumstances, we are advised to look, look, look.

“Look! Look! Look!” says the sage.

There is no direction given, no proposition, no hint of what to look for or what to look at.

“Look! Look! Look!” says the sage.

 

Here is a story of a man in misery who goes to the sage for some advice.

“I am so sad and unhappy,” the man declares as he looks into the face of the sage.

The sage nods his head and whispers, “I see.”

“Yes. I am miserable.”

Again the sage nods his head and repeats. “I see.”

The man decides to define and draw out his sadness.

“I am miserable because I want to go into business.”

“Look! Look! Look!” the sage begins.

The man is uncertain, does not know what the sage means for him to do. The man decides to further explain his situation.

“I am miserable because I want to go into business, but I have no money.”

“Look! Look! Look!” says the sage again.

The man wants to clarify further.

“I am miserable because I have no money to go into business. If I had money, I could go into business.”

“Look! Look! Look!” says the sage.

The man takes a deep, coarse breath and begins to feel anger in his misery.

“I don’t think you are listening to me. I am sad and miserable because I have no money to go into business and I have no way of getting any money to go into business.”

“Look! Look! Look!” says the sage.

Now the man begins to forget about his sadness and misery of having no way to get the money to go into business and begins to raise his voice at the sage.

“You are not listening to me. I am telling you I have no way to get the money to go into business!”

“Look! Look! Look!” says the sage.

The man begins to feel a burning in his body and in his mind. His sadness and misery begin to be overtaken by the fire of anger and hate. He wants to yell and scream at the sage.

“Look!” the man shouts. “Listen to me! You are not listening to me! All you keep saying is this stupid thing….look, look, look…what in hell does that have to do with the fact that I am miserable because I have no way to get the money to go into business.”

“Look! Look! Look!” says the sage.

The man crumples over in an agony of rage, sorrow and misery. He begins to weep. His hands are on the floor in fists. He wants to pound something. He is as the saying goes, beside himself. The sage looks at him and touches the top of his head and says,

“Look! Look! Look!” says the sage.

This is the Way to have a simple life. This is the Way of simplicity.

“Look! Look! Look!”

What is true everywhere, for everyone…all the time?

Reference for Nothing in Life Has Lines Mike Sibley, Drawing from Line to Life.

I looked too hard for things that aren’t there

Yin Cai Shakya

Yin Ts’ao Shakya

‘Avalokiteshvara

while practicing deeply with

the Insight that Brings Us to the Other Shore,

suddenly discovered that

all of the five Skandhas are equally empty,

and with this realization

he overcame all ill-being.’

‘Listen Sariputra,

this Body itself is Emptiness

and Emptiness itself is this Body.

This Body is not other than Emptiness

and Emptiness is not other than this Body.

The same is true of Feelings,

Perceptions, Mental Formations,

and Consciousness.’

-The Heart Sutra Thich Nhat Hanh

The greatest thing the late Ming Zhen Shakya taught me was the importance of living in a productive, fulfilling way in daily life. This teaching helped me overcome my tendency to cling to metaphysical thinking. Eventually it became the vehicle for my ongoing awakening. I owe her a tremendous debt of gratitude for it!

Like so many others, I “looked too hard for things that aren’t there” not only in my spiritual practice, but also in life. And after finding nothing, I abandoned the superfluous “looking” altogether. Allow me to illustrate with several antidotes from my daily life.

At Work

 

I had a challenging day at work. It was one of those days where there were several things on my To-Do list. While working diligently to complete every last item on the list, in a timely and efficient manner, my boss, without warning, calls and tells me to drop everything immediately.

The Executive VP needs something done and he needs it to be done now!

You know what I mean, an urgent request with an alarming deadline followed by the inevitable question, ‘can you make this happen before the end of the day?’ My answer? Well, my answer is always yes, maybe a bit quixotic but still a yes. It comes from my desire to do my best and to do it on time.

And heaven, by god I soldiered through it and delivered the goods with enough time left over to for my boss to review the work. Before he handed it off to the executives he made sure that human beings would actually be able to decipher it.

Voila! It was on time and it worked. Yahoo!

At Home

 

By the end of the day when good-old Miller Time came around, I went outside, sat down in one of our big, plastic Adirondack chairs on the porch, cracked-open a cold one, and watched my dog frolic in the yard.

Sure, it was a challenging day, with unreasonable deadlines, but I got the job done and enjoyed the feeling of accomplishment. As I sat outside in my chair, watching my dog chase the squirrels that are forever zigzagging and whizzing by her, I thought, I worked hard today. We can pay the rent, and am enjoying a rest in my backyard where I imagined my twins to come will play. I felt good. 

When Miller Time was over, I went back inside to cook gumbo for me and my wife, and our two babies who are growing inside her tummy. That took me from feeling good, to feeling great (it always does).

On Facebook®

 

After dinner my wife and I retired to the living room sofa, to relax and catch-up on what we’d missed on Facebook® while we were both at work.

That’s when I went from feeling great to feeling like I wanted to choke people.

A friend of mine had posted a link to an article on Vice.com, entitled “Millennials On Spirit Quests Are Ruining Everything About Ayahuasca” and it caught my eye as I scrolled-through my newsfeed. I should’ve just chuckled and continued scrolling, but I didn’t. Nope. Like a jackass, I clicked on it and started reading. I won’t go too deeply into the details of the article here, I’ll just give the premise and leave it at that-

 Apparently, upwardly-mobile young adults who feel unfulfilled in their lives are traveling to South America to hang out with Native Peoples and drink the hallucinogenic brew Ayahuasca, with the hopes of having spiritual visions. This, in-turn, has brought a lot of unwanted attention to the afore-mentioned Native Peoples, and such attention is becoming a threat to their culture.

 Like Cain, the anger rose up, and from that anger I formulated a comment which I left on my friend’s post. It read something like this-

“What’s this vision quest bullshit? Really? These people need a vision quest? What sheer stupidity! Let me tell you something. There is nothing, nothing more to life than working hard, raising your family right, exercising, and fly fishing (or whatever task you prefer to master). If you’re looking for anything more out of life than that you’re a rube, because it doesn’t exist. Period. Full-stop.”

Ugh! I know, the less a man makes declarative statements the less likely he is to look foolish in retrospect. But as no one fully understands the workings of karma I was blessed with an experience while washing the dishes not long after I’d posted the comment.

In the Kitchen Holy Place

 

It’s no accident that I enjoy spending time in the kitchen, cooking and cleaning. I suppose I could be described as “Old School” in the sense that yes, I believe the old adage that “a man’s home is his castle,” but I take it to include my wife and my forthcoming twins. I do my very best to make it our castle. But there’s one stipulation: The kitchen is where my best Dharma work is done.  This translates into the kitchen is my holy place.

It’s where everything is cooked up, eaten, washed, dried and put into place. It’s a place of refuge where my consciousness is cooked, chewed, washed, dried and put straight. It’s a mortar and pestle where cause and effect, karma, and the whole universe are ground down and changed in the ordinariness of cooking, eating, and cleaning.

Everything is fine, there.

Those words came to me, after I finished doing the dishes, while I stood there looking at the clean countertops and the empty sink, which all seemed to glow in absolute perfection in the evening sunlight which beamed through my kitchen window. I knew the sink wasn’t perfect because I washed all the dishes that were in there, and the countertop wasn’t perfect because I wiped it clean.

I saw they were perfect because washing the dishes washed me off, and wiping-off the countertop wiped me clean.

I stood there, giddy…giggling as the experience occurred.

My consciousness, indeed, me, arises just the same as dirty dishes arise from cooking and serving dinner. And for some ineffable reason, this realization makes me suffer less, and gives me a deeply-abiding peace and joyfulness unlike anything I’ve ever felt.

Zen, lovely in its inherent simplicity, gives everything in the here-and-now to experience this joy. The beloved Heart Sutra is a lens to contemplate and follow the Eight-Fold Path in a life in-which to practice.

What more is needed?

Nothing.

Equanimity comes from the experience of keenly discerning that without dirty dishes and dirty countertops, a clean kitchen cannot exist, and if your kitchen is clean, sooner or later the need to eat, along with literally everything else, contributes to the arising of a dirty kitchen.

It’s life… and it’s all fine… this not looking for things that aren’t there.